Artykuły

„Kino” 1984, nr 4, s. 9–13

Polskie „sztuczne raje”. Filmy o narkomanach

Tadeusz Sobolewski


„od urodzin do śmierci, ileż zliczymy godzin wypełnionych rozkoszą, czynem udanym i płynącym
z postanowienia? Czy będziemy żyli kiedykolwiek…”

                                                             Baudelaire, Zaproszenie do podróży, z tomu: Paryski spleen

Miałem odesłać pociągiem do Łodzi film Marka Koterskiego Przyczyny narkomanii, pożyczony z Wytwórni Filmów Oświatowych. Kolejarz spojrzał na metalowe pudło:

– A co tam w środku?

– Film o narkomanach.

Zaciekawił się.

– Za dobrze im – mówił.

– O nie, im źle. Gorzej niż komu innemu, myślę…

Kolejarz swoje:

– To musi być drogie. Mają na to.

– I wódka nie jest tania.

– Też racja – przyznał. – Na przykład mój szwagier, człowiek po wyższych studiach, na stanowisku,
a pije. Nie wiadomo kiedy, nie wiadomo z kim. Zawsze sobie znajdzie. Bo musi.

Rozmowa zeszła na zarobki. Ale zastanowiła mnie pierwsza reakcja na hasło „narkoman” – że takiemu „za dobrze”. Pomieszanie ciekawości, zgorszenia, zazdrości.

–9–

Ucieczka

W 1980 roku udało się przerwać mil­czenie wokół tej sprawy. Przedtem uznawano widocznie, że fakt, którego się nie ujawnia publicznie, po prostu nie istnieje. Teraz można było poinfor­mować społeczeństwo o rozmiarach zjawiska. Okazało się, że pod względem łatwości zdobycia „towaru” znajdujemy się w czołówce europejskiej. W dodatku towar ten, uzyskany metodami chałup­niczymi, zawiera więcej trucizny niż czystego narkotyku. Ujawniono liczby szacunkowe: 40 tysięcy młodzieży
w wieku szkolnym uzależnionych od nar­kotyku, ok. 40% zetknęło się z nim już w jakikolwiek sposób. Notuje się wzrost zatruć lekami (wielki skok w roku 1983).

Do języka potocznego wchodzi żar­gon narkomański: ćpać, ćpuny, być na haju, władować sobie
w kanał, hera, kompot, prochy. Publikowany niedaw­no w „Literaturze” niemiecki bestseller My, dzieci
z dworca ZOO
, pamiętnik czternastoletniej narkomanki z Berlina Zachodniego, przynosi inny jeszcze, charakterystyczny termin, z pewnością funkcjonujący również u nas: „złoty strzał” – śmiertelna dawka heroiny. Ujawnia on paradoks nałogu: biorące­mu chodzi początkowo o osiągnięcie przyjemnego dystansu, lecz instynkt przyjemności ma tendencje do prze­kształcenia się w instynkt samobójczy. „Życie narkomana jest twarde i bez­względne – opowiada Christiana F., »dziecko z dworca ZOO«, któremu uda­ło się zerwać z »herą«. – Każdego dnia możemy umrzeć i pewnie niedługo umrzemy. Ale właśnie o to nam cho­dzi”.

Pragnienie śmierci. Romantyczny i modernistyczny Weltschmerz przybrał nową formę, o ile bardziej masową i in­tensywną niż cała współczesna kultu­ra? Polska wersja tego Weltschmerzu, zarejestrowana w telewizyjnym filmie Roberta Glińskiego Dwójka bez sternika, przybiera kształt pseudoreligijny. Małżeństwo narkomanów-kompotowców znalazło się, wraz z dziećmi, na re­habilitacji w ośrodku Monaru. Nie wy­trzymali, wrócili do nałogu i zaćpali się skutecznie, na śmierć. We wstępnej roz­mowie w grupie narkomanów („przy­jąć ich na leczenie czy nie?”) zarysowu­je się jeden z motywów brania narkoty­ku: igranie ze śmiercią. Bohater filmu ma wizje: jest Dobrym Łotrem. Chry­stus go zbawia i zabiera do nieba, nieba narkotycznego. Przyjęty na odwyk, za­pewnia, że będzie walczył o siebie. Ale są to jedynie słowa. Narkotyk wytwo­rzył u Łotra motywacje tak silne, jak sil­na bywa wiara. Bo też narkomania, co stwierdził już Baudelaire w sławnym studium zatytułowanym Wino i ha­szysz. Sztuczne raje – przybiera postać fałszywej religii, fałszywej poezji, filo­zofii. (W tej samej książce zawiera się pochwała wina, które również „przeno­si nas do nieba”, nie uzależniając...) Przyczyny ucieczki
w „sztuczne raje” są głęboko ludzkie. Nałóg wynika z chę­ci zaspokojenia elementarnych potrzeb duchowych. Panna de Lespinasse, przy­taczana przez Baudelaire'a autorka sławnych listów, zażywała opium jako lekarstwo na rozpacz. De Quincey (Wyznania angielskiego opiumisty) stosował je początkowo przeciwko bó­lom żołądka, dopiero z czasem przeko­nał się, że narkotyk pomaga uzyskać fi­lozoficzny dystans do świata, wzmaga poczucie miłosierdzia i braterstwa. A potem dopiero uzależnia.

Senancour, sentymentalny autor Obermanna, podaje motywy brania tak ogólne, że mogące dotyczyć właści­wie każdego: „Prześladowany przez los chce zapomnieć... Szczęśliwy szuka większego szczęścia”. Lecz nie trzeba być prześladowanym. Inne motywy kierują tysiącami nie dość utalentowa­nych pospolitych oryginałów, jak ich nazywa autor Kwiatów zła, którzy za pomocą narkotyku uzyskują złudzenie mocy, mądrości, talentu. Do­stępują łaski bez duchowego czy fizycz­nego wysiłku.

Darmowość euforii sprowadza jed­nak karę. Próba obejścia swego losu nie może pozostać bez konsekwencji. Bau­delaire traktuje narkomanię jako współczesną wersję zaprzedania duszy diabłu. Jak każdy grzech, tak i ten ma swój patos. Abdykacja z własnej osobo­wości i powierzenie się narkotykowi wynika z czysto ludzkiego pragnienia nieskończoności, z odrazy do świata, będącej odruchem szlachetnym. Czy nie podobne motywy kierowały zawsze filozofami, poetami, mistykami?

Lecz w samym założeniu narkotycz­nej ucieczki tkwi błąd, powtarzany przez pokolenia. Próba ucieczki od własnego przeznaczenia i środowiska prowadzi do „ulegnięcia fatalności in­nego rodzaju”. Zamiast osiągnąć wol­ność, popada się w najcięższą niewolę. Narkotyk pobudza wyobraźnię, otwiera nowe perspektywy, daje złudzenie ge­niuszu, ale nie pozwala z niego korzy­stać – paraliżuje wole, naruszając cen­trum osobowości. Silniejsi potrafią przez dłuższy czas kontrolować działa­nie narkotyku. Słabsi, a takich jest więk­szość, przegrywają w tej walce.

Wyobcowanie

Baudelaire, autor najmądrzejszej chyba książki o narkomanii, wskazuje na niemoralność wyznawców „sztucz­nych rajów”. Nie potępia ich jednak do końca. W ich upadku objawia się bo­wiem, jak w tragedii, rzeczywista kon­dycja człowieka. Wyjścia z rzeczywis­tości szukamy przecież wszyscy – mówi poeta. Dlatego podziw budzą w nim nie ci, którzy nigdy nie ulegali żadnej pokusie, ale ci, co się jej poddali –
i przezwy­ciężyli ją. Z upodobaniem cytuje de Quinceya: „Nieliczne indywidua, które na tym świecie budziły we mnie odrazę, to byli ludzie kwitnący, o dobrej reputa–

–10–

cji. Co się tyczy nicponiów, wspominam ich wszystkich bez wyjątku, mile i z życzliwością”.

Krytyka narkomanii, jeśli jest rzetel­na, musi dojść do punktu, gdzie nałóg okazuje się reakcją na rzeczywiste zło, różne w różnych epokach i krajach. Co innego gnębiło mieszkańca Paryża za czasów Napoleona III, co innego gnębi „dzieci z dworca ZOO” – a co innego zagraża w Piotrkowie Trybunalskim. Choć sens nałogu pozostaje podobny.

„W najwulgarniejszych napojach i najwytworniejszych pachnidłach szuka człowiek ucieczki, choćby na parę go­dzin, z błota, w którym przyszło mu mie­szkać” – mówi Baudelaire, a Christiana F., heroinistka
z Berlina Zachodniego, wtóruje mu swoim slangiem: „Wszystko było OK. Paliło się hasz, słuchało fantastycznej muzyki i zapomi­nało o całym tym bagnie, w którym czło­wiek musiał się babrać przez cały dzień... Pomyślałam sobie: możesz się cieszyć, że jesteś inna, że masz swoją paczkę, że jesteś teraz na kwasie, masz pełną jasność i widzisz, co za kołtuny jadą tym metrem”.

Niemal identyczne zdanie zanotowa­łem z wykładu psychiatry, którego wy­słuchałem w domu kultury
w Piotrko­wie: „Ćpa się po to, żeby nie odbierać świata, jaki jest. Nasza młodzież, proszę państwa, jest smutna”.

Odczucia berlińskiej nastolatki czy bohaterów telewizyjnych filmów Mie­czysława Siemieńskiego i Macieja Lesz­czyńskiego (Odwyk, Sezon, Chcica) nie odbiegają zasadniczo od tonu Sztucznych rajów. Są tylko wyrażone innym językiem. To, co dla Baudelaire'a było „marzeniem spełnionym”, Chri­stiana nazywa „bombowym feelingiem”. Po haszyszu – czytam u Baudelaire'a – każda słyszana muzyka „opo­wiada nam poemat naszego życia”, wszystko, na co spojrzymy, staje się me­taforą, ja sam jestem drzewem, jestem ptakiem. „Palimy fajkę – ale oto unosi­my się z jej dymem”.

Christiana po wysłuchaniu „na haju” rockowej piosenki It’s too late, mówi po prostu, że czuła się „fantastycznie jak nigdy dotąd, cały dotychczasowy syf przepadł bez śladu”. Ale ranga przeży­cia była ta sama.

„Wszelkie sprzeczności zanikają. Wszelkie zagadnienia filozoficzne stają się jasne. Wszystko staje się przedmio­tem zadowolenia. Głos wewnętrzny mówi: jesteś królem, nie poznanym przez tłum, żyjącym
w samotni swego przekonania wewnętrznego... Jesteś najcnotliwszym z ludzi... Jesteś Bo­giem” (Baudelaire).

CHRISTIANA F.: „Zanim zaczęłam ćpać, wszystkiego się bałam, najpierw ojca, potem mamy, szkoły
i nauczycieli, dozorców, gliniarzy z drogówki, kana­rów w kolejce. Teraz czułam się niety­kalna... Za dobrze mi było, żebym miała się zastanawiać. Zupełnie luźniutko płynęłam sobie przez życie... Hera to było dla mnie coś obłędnego. To było coś jak Bóg. Ale chciałam udowodnić, że jestem silniejsza”.

Ale przychodzi „okrutne nazajutrz”, kiedy okazuje się, że nie tylko nie jestem Bogiem, ale czymś gorszym od człowie­ka. „Osłabienie wszystkich organów, zmęczenie, jakby obwisłość nerwów, niezdolność do jakiejkolwiek pracy, pouczają nas w sposób okrutny, żeśmy się oddali grze zakazanej...” (Baudelaire).

CHRISTIANA F.: „Na głodzie zdajemy sobie sprawę, jakie z nas łachy. Oczy­wiście, chcę przestać, ale niech mi pan powie, jak... Zapytałam kiedyś, idiotycz­nie, dlaczego nie może być tak samo do­brze bez przytruwania się prochami. Odpowiedzieli, że to naprawdę głupie pytanie, bo jak inaczej wyłączyć się
z tego bagna... Chodzi o ten dystans...”

Christiana wie, że dworzec ZOO, ry­nek narkotyczno-kurewski – to bagno. Nie tego przecież chciała. Uciekała z in­nego „bagna”: z domu, szkoły, społe­czeństwa. Chciała dystansu i szczęścia. Zyskała tylko głód.

Bezpośredni powód ucieczki wydaje się jak zwykle błahy: „Najbardziej nie­znośne było to, że Klaus (facet mamy) nie cierpiał moich zwierząt”. Lecz ten niemal śmieszny fakt jest tylko jednym z ogniw
w siatce uwarunkowań rodzin­nych, społecznych, nawet historycz­nych (mieszkanie w pobliżu muru ode­grało też swoją rolę). Istotne jest to, że narkoman nie chce znosić ciężaru. Fatalny błąd nie polega na złej ocenie rzeczywistości (ta bywa słuszna) i nie na poszukiwaniu dystansu (szukają go wszyscy), ale na odmowie cierpienia. Cierpienia, które może stać się źródłem prawdziwej twórczości, prawdziwej fi­lozofii lub religii.

Znosić ciężary można jedynie dla ja­kiejś wartości, tkwiącej poza samym cierpieniem. Odmowa ich znoszenia – w skali społecznej – oznacza osłabienie poczucia wartości życia. Słabość Christiany F., Łotra z filmu Glińskiego, Czar­nookiej z filmu Koterskiego świadczy nie tylko o jednostkowej patologii, odbi­ja słabość powszechną. Moda na narko­tyk, fakt, że „biorą wszyscy”, okazuje się reakcją na powszechny kryzys. Korze­nie zjawiska nie tkwią tylko w psychice pojedynczego człowieka, ale w społe­czeństwie, w epoce, w czasie.

Wiemy, czego nie cierpi młodzież z Berlina Zachodniego. Brak natomiast sondaży krajowych. Bylibyśmy pod tym względem zdani wyłącznie na własną intuicję, gdyby nie kilkanaście filmów dokumentalnych, które u nas powstały. Przynoszą one wstępne rozpoznanie narkomanii po polsku.

Przyczyny narkomanii Marka Ko­terskiego. Tytuł intrygujący – pachnie medycyną i oświatą. Reżyserowi chodzi jednak nie tyle o przyczyny w sensie

–11–

naukowym, lecz o różne sytuacje spo­łeczne, na które młody człowiek może zareagować ucieczką
w narkotyk.

Koterski przedstawia galerie twarzy – młodych, ładnych, zdrowych – i eni­gmatycznych. Filmuje każdego z osob­na, w tej samej przestrzeni, w półcieniu przejścia podziemnego. Chłopcy i dziewczyny w wieku licealnym, nieraz prawie dzieci. Stoją nieruchomo i pa­trząc w kamerę, deklamują tekst, rozpi­sany na głosy, trochę jak na akademii. Z tym że treść tej „deklamacji” jest za­przeczeniem szkolnej dydaktyki. Ton kojarzy się z wyuczoną lekcją, ale to jest wyzwanie.

Najpierw wylicza się wszelkie możli­we niepowodzenia życiowe: problemy z nauką, z rodzicami,
z seksem. Katalog spraw, obejmujący właściwie całość ży­cia. Każde potkniecie może być, prak­tycznie biorąc, pretekstem do ćpania. Więc nie tu należy szukać głębszej przy­czyny. W pewnym momencie osoby, które dotąd skarżyły się, zaczynają – tym samym, grzecznym, oznajmującym tonem – oskarżać społeczeństwo, które „wtrąca się do spraw człowieka... zmusza, zabrania...”. I państwo, które „ocenia wartość człowieka według tego, ile się wyprodukuje dla ustroju...”. „Mówi się, że młodzież jest przyszłością narodu, ale to znaczy, że będziemy ważni dopiero wtedy, kiedy już nie będziemy młodzieżą...”

Mieszają się twarze młode i stare. Wszystkie – jednakowo zatroskane. Ka­talog żalów i skarg sprowadza się do jednego, nienazwanego zagrożenia, które młodzież instynktownie wyczu­wa. Młodzież nie widzi sensu w życiu starszych. I tu, i tam brak celu. Tego, co Czechow w Nieciekawej historii na­zwał bożyszczem cywilizowanego czło­wieka. Dysonans między twarzami dek­lamujących, ich czystością, a treścią tego, co mówią, stwarza napięcie emocjonalne, którego film nie rozładowuje. Drążąc kolejne, coraz głębsze przyczy­ny zjawiska, dociera w końcu do spraw najpowszechniejszych.

Dlaczego właściwie tak chętnie oglą­dam filmy o narkomanii? Dlaczego ob­chodzi mnie ten temat? Sensacja? W sali kinowej można popatrzeć na zło, nie­szczęście, paranoję... Nie, tu działa jesz­cze coś innego. W twarzach bohaterów tych filmów dostrzega się coś ludzkiego, powszechnego, nawet własnego. Pró­buje traktować te filmy w kategoriach sztuki. Zobaczyć w nich zapowiedź „du­żego” kina. Kto powiedział, że „pieśni rozpaczy są najpiękniejsze”? Te filmy (Siemieńskiego i Leszczyńskiego, Kruszelnickiej z TV, Koterskiego z „Oświatówki”, Glińskiego i Pakuły ze Studia im. Irzykowskiego) są ważne dla nas także z punktu widzenia sztuki filmowej. Świadomie czy nieświadomie, dokumentują stan ducha naszych dzieci. Narkomania, jak powiedzieliśmy, jest zagadnieniem istotnym nie tylko
z punktu widzenia medycyny i milicji. Odsłania problem duchowy, którego polskie kino – to artystyczne – dotyka zbyt rzadko (nie licząc filmów Wojcie­cha Hasa i Antoniego Krauzego), treść dramatu, którego sceną jest nasze życie. Dokumenty o narkomanach, choć ro­bione w celu użytkowym, pozwalają to sobie uświadomić.

Terapia

Narkomania ma swoją mapę. Polska inaczej na niej wygląda. Zielenią się tam pola makowe, rosną haszyszowe kono­pie. Tomaszów Mazowiecki jest stolicą, Bełchatów jedną z metropolii. Krajowa odmiana heroiny nosi nazwę „gdań­ska”. Głosków pod Garwolinem, ośro­dek Monaru prowadzony przez Marka Kotańskiego, jest jednym z miejsc dla tych, co zdecydowali się na odwyk. Mo­żna też próbować leczyć się drogą szpi­talną. „Ciężka psychiatria plus ciężka interna” – informuje dr Andrzejewska, prezes Polskiego Towarzystwa Zapobie­gania Narkomanii, zapytana o szanse takiego leczenia. Czy Monar daje lepsze szanse? Niektórzy psychiatrzy są inne­go zdania. Ja – mogę mówić tylko o tym, co wiem z filmów, kręconych w Głoskowie.

Monar jest odpowiednikiem kalifor­nijskiego (nieistniejącego już) Synanonu, opisanego sugestywnie przez dr. Ka­zimierza Jankowskiego w książce Mój Śambhala. Narkomani żyją razem w odosobnionym miejscu, dawnym dwo­rze, zaprzęgnięci do ciężkiej pracy fi­zycznej, poddani ostremu drylowi. Poza tym – mają wolność, to znaczy mogą wyjść i wrócić do poprzedniego życia, ale przedtem muszą pokonać barierę odpowiedzialności przed „bossem” i re­sztą podopiecznych. Rada decyduje, kogo przyjąć, i rada osądza, kto ma pra­wo wyjść.

Ważną częścią życia w Monarze są publiczne oceny i psychoterapie. Pro­wadzi je boss-autokrata. Nowicjusz musi przejść przez ciężką próbę „zgnojenia”, rozbicia chorej osobowości. Boss dominuje, choć ma do dyspozycji jedy­nie argumenty słowne. Są one silne, jak wynika ze sfilmowanych scen. Twarz Kotańskiego natychmiast przykuwa uwagę. Jest on w jakimś sensie aktorem, wywierającym na otoczenie hipnotycz­ny wpływ. Potrafi być bezlitosny. Ale każda metoda jest dobra, o ile tylko pro­wadzi do osłabienia motywacji, która skłoniła do ćpania. Stąd brutalność tych „seansów”, a nieraz szyderczy śmiech z ofiary, szukającej moralnego uzasad­nienia do nałogu, dopraszającej się li­tości.

Boss wywleka słabości; doprowadza do absurdu rzekomo nierozwiązywalne dylematy. Napaść ma hartować psychi­kę nałogowca. Jeśli wywołuje agresje, tym lepiej. Zdolność odparcia zarzutu lub śmiechu z samego siebie dowodzi istnienia instynktu samozachowawcze­go, osłabionego przez narkotyk. „Łotr”, sfilmowany przez Glińskiego, nie bronił się, nie reagował na zaczepki. Był już po tamtej stronie.

Często, jak można się zorientować z filmów, boss szantażuje swoich pacjen­tów śmiercią. Nie powinno to dziwić – w tym środowisku jest się z nią za pan brat. Śmierć narkotyczna otoczona jest nimbem wzniosłości, choć zarazem traktowana jest lekko, bardzo lekko. Boss szydzi ze śmierci wtedy, gdy czuje, że delikwent uwzniośla ją, obnosi się ze swym cierpieniem. Usiłuje go wiec wy­trącić
z nieruchomej, biernej pozy, w której gotów jest zastygnąć.

Marek Koterski w filmie Przyszłość przedstawił przypadek trudniejszy, bardziej dramatyczny – starcie bossa z pacjentką, która okazuje się równie sil­ną indywidualnością. Mówi o kimś trze­cim, komu należałoby pomóc. Minuto­wa sekwencja, cała rozegrana na zbliże­niu twarzy dziewczyny, którą atakuje boss, jest jednym z bardziej przejmują­cych obrazów filmowych, jakie widzia­łem ostatnio.

Czarna, dwudziestoletnia, ale wyglą­dająca dojrzalej, w typie południowym, opowiada o swojej przygodzie z nar­kotykami. Staroświecka. Nie mówi: ćpa­łam, ale: brałam. Kulturalna, wykształ­cenie muzyczne. Przez ileś lat zażywała, pomagało jej to. Teraz nie pomaga, dla­tego tu jest. Mówi
z pewnością siebie, zwrócona ku psychoterapeucie, a zara­zem ku kamerze. Chce być ponad to. Nie taka jak inni. Ale widz, podobnie jak psychoterapeuta, nie może uznać jej wyższości. Szuka słabego punktu. I znajduje. Okazuje się, że czarnooka chciałaby wyjść z zakładu. Tłumaczy:

– Nie, żeby się chciało wziąć, ale... Przyjaciel jest w potrzebie, żyje na prochach, może sobie coś zrobić. Ale narkoman nie jest w stanie pomóc dru­giemu. Najczęściej pomoc sprowadza się do wspólnego ćpania, niby
z litości. Narkomani są ludzcy, pozornie pełni współczucia dla innych, lecz współczu­ciem tym rządzi
w dużej mierze wyra­chowanie nałogowca. Dlatego boss musi być nieludzki. I teraz, gdy jego ofiara zdradziła się, on uderza:

– No to niech sobie zrobi! Niech zdy­cha!

Ona milczy.

– Nie sądzisz? – ciągnie dalej. – Że po­winien zdechnąć?

Dziewczyna kręci głową. Wciąż mil­czy. Miota spojrzenia, jakby poszukując argumentu. Przez kilka sekund obse­rwujemy jej twarz, pełną pasji, siły, dobroci. Ale równocześnie wiemy, że poza tym wszystkim kryje się słabość, a może kalkulacja? Bardzo dramatyczna i bardzo filmowa jest ta scena, której cała treść zawiera się w ruchu oczu i ust, fotografowanych na zbliżeniu.

– Uważam – odzywa się wreszcie dziewczyna, perswadującym tonem – że jemu trzeba pomóc.

–12–

Ale boss dalej ciągnie swoje.

– Czy myślisz, że wszystkim można pomóc? Naprawdę tak myślisz?

Dziewczyna pogardliwie wykrzywia usta.

– Należałoby...

Pojedynek skończony. Nic więcej się o niej z filmu nie dowiemy. Odegrała przed kamerą jedną dramatyczną sce­nę. Gdyby była aktorką, można by mó­wić o świetnym epizodzie. Jest pacjent­ką, prowokowaną do wybuchu uczu­ciowego i broniącą się przed tą prowo­kacją. Ale ja, który znam jej twarz wy­łącznie z filmu, mam prawo traktować ten epizod w kategoriach sztuki. Zawie­ra się w nim bowiem prawda drugiego stopnia, prawda odbita przez czyjeś spojrzenie – kamery? reżysera? psycho­terapeuty? innych świadków tej sceny? To ważne i chyba korzystne dla terapii, że narkomani występują w filmach, grając samych siebie – dla nas.

Christiana F. podyktowała do mikro­fonu swoją relacje, przemieniła swoje życie w dramat, wykreowała je tym sa­mym, i może udało jej się uzyskać trwalszy dystans niż ten, który mogła osiągnąć za pomocą narkotyku – dy­stans prawdziwie twórczy. Filmy kręcone z udziałem „ćpunów” również w ja­kimś stopniu ujmują ich życie w katego­rie zapisu, fabuły, dramatu. To może sprzyjać leczeniu (choć nie musi). A widz, przyglądając się ich twarzom, może odczuć katarktyczną ulgę.

Na ile kino przyczyniło się do stwo­rzenia mitu Monaru? Trudno sprawdzić, jak jest naprawdę. Trzeba uwierzyć Koterskiemu, że to małe, izolowane społe­czeństwo rzeczywiście przygotowuje narkomanów do znoszenia ciężaru zwyczajnego życia społecznego, łącznie z całą jego nudą, podłością i ubós­twem.

W filmie Przyszłość przedłużone sceny prac gospodarskich – rozbiórki starego budynku, pielenia, toczenia be­czek, karmienia świń, pestkowania śli­wek na kompot – mają w sobie pewną ostentację. Proste czynności zmontowa­no w rytmie monotonnym, przechodzą­cym nieśmiało w crescendo. Czy stały się przez to symbolem? Nie, to jest prze­korny patos. Rodzaj efektu, który stał się specjalnością Koterskiego od czasu jego błyskotliwego debiutu Naprzód.

Prace narkomanów w głoskowskim gospodarstwie filmowane są tak, jakby były fragmentem jakiejś kampanii. Uję­cia monumentalizujące kojarzą się z socrealistycznymi poematami filmowy­mi na cześć pracy, z „walką o nowego człowieka”. Jest to jednak nawiązanie ironiczne, sprowadzające dęty symbo­lizm na ziemię. Narkomani pracują nie dla idei, lecz dla siebie. Ze świń będą mieli mięso, ze śliwek kompot. I wtedy może zaznają tego, czego nie udało im się odczuć w społeczeństwie: celowości pracy, sensu przezwyciężania bezwła­du.

Tadeusz Sobolewski

–13–

Wróć do poprzedniej strony

Wybrane wideo

  • O PROGRAMIE APF, dr Rafał Marszałek
  • Polska Szkoła Filmowa - geneza, rozwój i przedstawiciele, prof. Alicja Helman
  • Propagandowy wymiar kina historycznego w okresie PRL
kanał na YouTube

Wybrane artykuły