Artykuły

„Kino” 1971, nr 7, s. 18-20


Cztery sylwetki: Jan Englert

Konrad Eberhardt

18 –

Mijają lata, zmieniają się ideały. Jeszcze dziesięć, kilkanaście lat temu młody aktor pragnął mieć ,,aktorską twarz”, wyróżniać się z ciżby. O możliwości wykonywania aktorskiego zawodu przesądzały w ogromnej mierze tzw. warunki: przysłowiowa już regularność rysów, nienaganna sylwetka, dobrze ustawiony głos; aktor czy aktorka musieli być niejako ulepieni z gliny wyższego gatunku.

Ale oto od iluś tam lat (któż dokładnie wyliczy od kiedy?) aktorstwo przestało już wyznaczać górny pułap urody i wdzięku; aktor nie musi być już piękny, nie musi prezentować się efektownie, nie musi wyróżniać się swoim façon d'être, argumentów uzasadniających dokonany przez niego wybór zawodu nie znajdujemy już w zasięgu ręki, musimy ich teraz doszukiwać się głębiej; prawdziwy aktor może przedstawiać się całkiem banalnie, ale musi dokonać rzeczy wcale niełatwej – zaprzeczyć tej zewnętrznej banalności, stworzyć postać niepodobną do innych ekranowych czy scenicznych postaci, na tej samej zasadzie, na jakiej jeden człowiek jest niepodobny do drugiego człowieka.

Wydaje mi się, że Jan Englert ściśle odpowiada temu, co napisałem wyżej; jest to aktor niewyróżniający się na pierwszy rzut oka niczym szczególnym; jego uroda jest przeciętna, jego sposób bycia naturalny, spojrzenie – szczere; cechują go powściągliwość i rzeczowość: każdy jego gest wydaje się uzasadniony, słowa – starannie dobrane. Jest coś konkretnego i racjonalnego w rysunku tej postaci, dlatego najłatwiej byłoby go wziąć za przedstawiciela ogromnej rzeszy młodych techników czy ekonomistów.

Jeśli dokonamy małego zabiegu porównawczego i zestawimy Jana Englerta z innymi popularnymi aktorami młodego pokolenia: Danielem Olbrychskim i Olgierdem Łukaszewiczem – dostrzeżemy bez trudu różnicę. Indywidualność Olbrychskiego jest cokolwiek agresywniejsza; już pierwszy kontakt z tym aktorem na scenie, w kinie, a także z okazji rozmaitych ,,spotkań z aktorem” od razu uzmysławia nam, że stykamy się z pewną sylwetką wyraźnie odcinającą się od ludzkiego tła; zaś liryzm i romantyzm Łukaszewicza także od razu wyznaczają pewien trop, którym, jak przewidujemy, muszą podążyć kreowane przez niego postacie.

Przeciwnie Jan Englert – on z tym tłem się zlewa; jego przeciętność (pragnę uniknąć nieporozumień: to nie jest kwalifikacja talentu tego aktora!) stanowi pewną przeszkodę; nie udaje się nam od razu go „uchwycić”; długo jest w naszych oczach „jednym z wielu”, zanim stanie się właśnie tym kimś, kogo nie można już zastąpić, odtworzyć, powielić. Ten genre aktorski nie jest, oczywiście, wynalazkiem Englerta, znamy go dobrze z dzisiejszego kina. Jego najdoskonalszym obecnie przedstawicielem jest Jean-Louis Trintignant, ów przeciętny młody mężczyzna w jasnym, nieprzemakalnym płaszczu, zawsze z odkrytą głową, absolutnie niewyróżniający się z ciżby takich samych jak on młodych mężczyzn, opuszczających po pracy gmach biurowca czy zamawiających „café-crème” w kafejce. I oto okazuje się, że ten osobnik najprzeciętniejszy z przeciętnych potrafi równie dobrze stworzyć postać mitomana (Trans-Europ-Express), gangstera (Łobuz), gorliwego, zorganizowanego wewnętrznie katolika (Moja noc u Maud). Jan Englert, ów zwykły współczesny młody mężczyzna, podlegający standardom zachowania się i mody – potrafi przedzierzgnąć się w dowódcę powstańczego oddziału Ślązaków (Sól ziemi czarnej), w mieszczańskiego birbanta z telewizyjnej Moralności pani Dulskiej czy w żołnierza Powstania Warszawskiego (Kolumbowie).

Englert potrafi zatem przeobrażać się gruntownie, jest jakby neutralną „formą”, która wypełnia się różnoraką treścią. Jednak zawsze gdy na niego patrzymy, bez względu na kostium, jaki ma na sobie, odnosimy wrażenie, że ujawnia się on przed nami z ociąganiem, że zależy mu na tym, aby nie odkrywać zbyt wcześnie kart. Ma on w pogotowiu kilka nieskomplikowanych, a niewiele znaczących min i gestów, które jakby odciągają moment dekonspiracji. U Englerta pomiędzy „zdarzeniami wewnętrznymi”, przesądzającymi o charakterze i ewolucji kreowanej postaci, a ich aktorskim, zewnętrznym wyrazem rozciąga się trudny do uchwycenia dystans czasu. Nie jest to regułą dla wszystkich aktorów. Zbigniew Cybulski był klasycznym przykładem aktora „przeżywającego” i znajdującego dla tego przeżycia natychmiastowy, spontaniczny wyraz aktorski; myślę, że pomimo odmiennej skali przeżyć Olbrychski należy do tej samej kategorii. Jan Englert jest całkowicie odmiennym typem aktora, jest to – jeśli wolno użyć tak zaskakującego porównania – pocisk z opóźnionym zapłonem. Już dokonało się w nim coś ogromnie ważnego, decydującego – a jeszcze o tym nie wiemy lub nie jesteśmy tego pewni: przeciwnie nawet, Englert zwleka z ujawnieniem tego, co w nim „siedzi”; niektóre jego role zostały wręcz oparte na tym opóźnieniu dekonspiracji, na ukrywaniu sekretu, na podtrzymywaniu pozorów.

Oto kilka przykładów: student z telewizyjnych Kwiatów dla matki Choińskiego rzeczywiście może uchodzić za sprytnie zakonspirowanego w zaciszu porządnego domu członka gangu; Zygmunt w Kolumbach robi w pierwszej chwili wrażenie cwanego chłopaka, umiejącego sobie radzić w życiu i myślącego jedynie o własnym przetrwaniu. Zbyszek w Moralności pani Dulskiej wystawianej w telewizji wydaje się nam zrazu wyłącznie cynikiem i nie spodziewamy się z jego strony jakichkolwiek gestów mogących choćby częściowo podważyć to przekonanie; bohater telewizyjnego Cyrografu dojrzałości według noweli Krzysztonia wydaje się być chłopakiem, któremu zależy tylko i wyłącznie na wyłudzeniu niewielkiej sumy pieniędzy na rozrywki. Dopiero później Englert jakby z pewnym ociąganiem ujawnia inne, głębsze, prawdziwsze motywy kierujące jego postępowaniem, ujawnia inną treść wewnętrzną. Ze sprytnego, trzeźwego, młodego człowieka przeistacza się w końcu w bohatera, z idealnego konformisty w niezbyt konsekwentnego kontestatora, z

19 –

chłopaka, który „gwiżdże na wszystko”, we wrażliwego młodzieńca, z domniemanego przestępcy we wzorowego członka rodziny.

I otóż należałoby znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego w większości ról spotykamy się z tym samym qui pro quo: człowiek, który wydaje się nam zrazu niezbyt sympatyczny, cokolwiek zbyt oschły, okazuje się ostatecznie kimś, kto zaprzecza poprzedniemu, niezbyt korzystnemu wrażeniu. Wydaje mi się, że dotykamy tu pewnej prawidłowości. Jan Englert – jak już stwierdziliśmy na początku – jest w rysunku swej sylwetki typowym, młodym inteligentem, którego ukształtował aktualny „duch czasu”. Otóż ów duch czasu nie sprzyja zanadto ujawnianiu uczuć, pozytywnych motywów działania, szlachetnych odruchów serca; przeciwnie nawet, faworyzuje rzeczowość, oschłość, obojętność lub wzgardę dla sentymentów.

Nie ma zatem nic dziwnego w fakcie, że Kazimierz Kutz wybrał właśnie Jana Englerta do roli Erwina, dowódcy powstańczego oddziału w Soli ziemi czarnej. Aktor ekstrawertyk nie dałby sobie rady z tą rolą; istotą bowiem postaci Erwina jest jej ogromna, nieuświadamiana nawet wstydliwość: jest on przede wszystkim człowiekiem rzeczowym, sumiennym, odpowiedzialnym, trochę jakby zamkniętym w sobie; dopiero pod tą surową powłoką odkrywamy serdeczność, poczucie braterskiej więzi łączącej go z towarzyszami walki. W tym właśnie punkcie: w umiejętności skrywania sentymentów warszawski aktor spotkał się z bohaterem uosabiającym cechy charakteru ludu śląskiego.

W swojej obszernej wypowiedzi dla „Ekranu” Jan Englert wspomina rozmowy, jakie prowadził z Kazimierzem Kutzem na temat roli Erwina: „Kiedy porównaliśmy swoje wyobrażenia o tej postaci, okazało się, że mówimy o różnych ludziach. To, co brałem za oschłość, okazało się być w interpretacji Kutza powściągliwością; bezwzględność – poczuciem porządku; brak wylewności – swoistą zażyłością. Różnice wynikały z braku mojej znajomości tamtego środowiska, z innej mentalności i sposobów reakcji tamtejszych ludzi...” Ależ nie, obaj panowie nie mówili o różnych ludziach; to, co napisał Englert o dwoistości odbioru postaci Erwina – jest właściwie wyznaniem na temat własnego sposobu budowania postaci, zawsze jakby dwoistych: banalnych – nieprzeciętnych, konformistycznych – podminowanych sprzeciwem, oschłych – skrywających z trudem wrażliwość i serdeczność.


Konrad Eberhardt

20 –

Wróć do poprzedniej strony

Wybrane wideo

  • O PROGRAMIE APF, dr Rafał Marszałek
  • Fenomen POLSKIEJ SZKOŁY FILMOWEJ, prof. Piotr Zwierzchowski
  • Rozwój kina socrealistycznego w Polsce
kanał na YouTube

Wybrane artykuły